Fafik kontra Akity czyli czeska wyprawa

Hejka.

Jakiś czas temu opisałem wypad na majówkę w Góry Stołowe, do człowieka o kryptonimie P.F.. Było to wielkie przeżycie, ale również wielkie wyzwanie. Teraz podnieśliśmy poprzeczkę – pojechaliśmy zimą. Było zabawnie czyli standardowe: pot, krew i łzy. Trochę przypominało to obóz przetrwania skrzyżowany z triatlonem, a i z cyklem zajęć odchudzających. Jako że były to polskie góry, wysoce odchudziły także portfel. Nie rozumiem jak to się odbywa, że ceny są na poziomie alpejskim tylko śniegu na stokach nie ma. Także narty wypadły z grafiku, zresztą sanki też. Pozostały spacery. Długie, mozolne, męczące i dające satysfakcję psiurom. Czyli wypad należy uznać za udany, w końcu już dawno przyznałem się do tego, że dobro psów stawiam ponad własne. Zaleciało nostalgią, nie? Odnoszę wrażenie, że dzieci czasami mają mi to za złe. Ale kto by się tam nimi przejmował, są teraz i sobie pójdą … mam nadzieję. Ważne, że psy są szczęśliwe! W wycieczce mieliśmy towarzystwo z Opola, również z dwójką potomków i dzieci zajmowały się same sobą i nie trzeba było się o nie martwić w czasie wolnym więc pozwolę sobie pominąć wątek jęczących dzieci na wyjeździe. Po przyjeździe na miejscu przywitał nas Piotr wraz ze swoim przeuroczym podopiecznym. Podopieczny jest marki Akita, a jakże! Nosi dumne imię LOBO of Septagon Ashke Inu. Zbieżność imion zamierzona i celowa. Nas interesowało kilka spraw, niejako zawodowych. Jak rzeczony Lobo zareaguje na stado na przykład. Ale co ważniejsze jak stado zareaguje na rzeczonego Lobo. Osobiście nie byłem bardzo zaskoczony rezultatem spotkania mojego z Lobosem. Osikał mi buty w trakcie przywitania, a jeżeli bym pozwolił to wlazłby mi pod kurtkę. Niestety każdy opiekun psa musi się pogodzić z faktem, że jak bardzo by ich kochał pies, to hodowca będzie zawsze witany z fajerwerkami. Sam mam tak samo. Moje psy kiedy witają się z osobami, które je odchowały to jest to szał radości. Nawet po wielu latach. Wiem, że może to powodować cień zazdrości u opiekuna bo on się tak z nim nie wita. Na litość! Moje psy też się tak ze mną nie witają, jedynie nasze szczenięta. Ale co zrobić mój zapach czuły od pierwszej sekundy życia. Nie obrażajcie się, to jest dla mnie największe szczęście gdy moje szczenię wita mnie w taki sposób. Nikt inny tego nie robi. Ale w zasadzie miałem pisać o czymś innym. Lobo wspaniale zareagował na pojawienie się rodziny. Osobiście podziwiam go za to – ja tak nie reaguję. Co więcej rodzina wspaniale zareagowała na niego. Falka z anielską cierpliwością. Ruda z pobłażliwością. Do chwili gdy próbował ją wydoić. Ona nie ma mleka więc przyjacielsko go ostrzegła, że już jest za duży na takie zabawy. Lisu cierpliwie znosił zapędy wnuka. Najlepszy był Raden, który zachował się jakby się nie rozstali nigdy. Od pierwszego momentu przeszedł do zabawy. Młodzieniec pierwszorzędnie odnalazł się w towarzystwie rodziny.

Dzień pierwszy był przewspaniały. Udaliśmy się do położonego niedaleko schroniska. Odległość nie więcej niż 4 km. Przewyższenie jakieś 300m. Niby niedaleko i nie za wysoko ale bez przygotowania to raczej poważna wyprawa. Zwłaszcza z czterema psami, z których każdy chce iść gdzie indziej. Ale było fajnie. Człowiek spocił się jak w saunie, zmęczył jak na siłowni, wspaniały wypoczynek. Najważniejsze, że niewiele obcych psów po drodze. No jedynie pani z Yorkiem. Wiecie taki szczur w ubranku kompletnie pozbawiony instynktu samozachowawczego. Staliśmy z psami na poboczu czekając aż pani z chomikiem przejdzie. Ten rzuca się i ujada, a Yorczna pani zaciesza. „O jaki odważny. Jaki dzielny. Mój obrońca. ITD,ITP.” Moje psy rwą się do natarczywca. York waży 450 gram – tyle co dwie powiększone porcje frytek. Pani zadowolona i promieniejąca tym zadowoleniem. Od ręki jej ranking na tinderze podskoczył o 3 punkty. Powód? Jej maluch startuje tak dzielnie do dużych psów. -Może się pobawią?- proponuje. -Tak, w zagryzanie, pani przodem – odpowiadam. Trzymamy na smyczach 120 kg wyrywających się mięśni obleczonych w rude lśniące futro. Białe zęby o nożycowym zgryzie tylko błyskają chęcią zabawy. Kły mogące przebić szczurka na wylot tylko czekają na chwilę nieuwagi z jego strony. Nikt nie szczeka, prócz Yorka oczywiście. Foch. -Gbur- słyszę w odpowiedzi. Nie gbur tylko realista- odpowiadam. -Mój Fafik nie gryzie!- Odpowiada Pani z wyższością. Zamurowało mnie. Jak na tak wyszczekanego psa jakim jestem zabrakło mi słów. Pani w poczuciu słusznie urażonej godności, jej i co ważniejsze Fafika, poszła dalej. Może nieco przesadzam. Ale możecie mi wierzyć. Ludzie tak robią. Mają pieska o posturze świnki morskiej, który w domu jest panem i władcą. I ten piesek myśli, że jest władcą świata, bo jego ludzie biją przed nim pokłony. Akity się nie kłaniają. Nikomu. Nazajutrz zakwasy i wspaniały humor. A… i cięta riposta. Jak zazwyczaj bywa, grubo po czasie. Zapewne to kwestia klimatu jak twierdzi partia rządząca. Kolejne dni mijają pod znakiem pieszych wędrówek. Wspaniałe widoki. Wyobraźcie sobie, że stoicie na skraju urwiska. Pod wami pionowa ściana. Za wami sosnowy las przyprószony śniegiem. Psy szczęśliwe jak nie przymierzając świnie w pomidorach ze spaceru pod górę, z góry, na boki. Obok jęczące dzieci, że nie mają zasięgu w telefonie i żeby im hot spota udostępnić.

Nic dziwnego, że mężczyzna idzie z rodziną w góry, a wraca szczęśliwym, bezdzietnym, wdowcem. Na moje szczęście moja lepsza połowa uwielbia psy i spacery nawet bardziej niż ja. Więc w moim przypadku tylko bezdzietny. Uprzedzam, nasze dzieci żyją, mają się dobrze i marudzą nadal o hot spota. Jak się okazuje Góry Stołowe obfitują w szlaki spacerowe. Nie są bardzo męczące, zwłaszcza latem, lub taką zimą jaką mamy obecnie. Przy głębokim śniegu mogłoby być trudniej. Trasy i szlaki są dobrze utrzymane i oznakowane. Przewyższenia nie są zabójcze i naraz nie są dłuższe niż kilkaset metrów. Prawdziwy raj dla osób, które chcą pospacerować z psami w górach. Zwłaszcza z Akitami, które znane są z niechęci do forsowania potoków w bród. W niektórych podmokłych miejscach zbudowano kładki dla ułatwienia przejścia. Nic tylko jechać w Góry Stołowe na widowiskowe spacery. Któregoś dnia wyruszyliśmy z domu na spacer. Po pasjonującej wycieczce, głównie pod górę, okraszoną tabliczkami „Teren Wojskowy Wstęp Wzbroniony” oraz „Strefa chyba Graniczna” wszystkie mocno przerdzewiałe. Konsekwentnie ignorowaliśmy wyblakłe pozostałości poprzedniego systemu modląc się aby pola minowe również się przedawniły. W końcu szlak wyraźnie oznakowany, znaczy ktoś tędy szedł i nie wyleciał w powietrze. A może wyleciał? Cóż nie ma ryzyka, nie ma zabawy. Tylko psów szkoda. W końcu po pokonaniu wyjątkowo błotnisto-lodowego wzniesienia ujrzeliśmy znak. Republika Czeska. Doszliśmy do granicy. Ludzie pierwszy raz w życiu przekraczałem zieloną granicę. Niesamowite uczucie, niemal czekałem na pogranicznika z kałachem. I nasz syn, który ze śmiertelną powagą pyta -Tato jak nas złapią to wsadzą nas do więzienia?- -Nie synku-odpowiadam-Tylko mnie i mamę- ten wyraz ulgi na jego obliczu. Zgaszę go pomyślałem- Ciebie i siostrę zamkną w poprawczaku.- Mina? Bezcenna. Niektóre szlaki opatrzone były zapisem -Na własne ryzyko- i jak mniemam należy uwzględniać to podczas planowania wypraw w góry, zwłaszcza zimą. I z dziećmi. I z psami przede wszystkim. My przemierzyliśmy kilka szlaków. Wszystkie opatrzone taką właśnie etykietą. Ale tegoroczna zima nawet mrozem nie zaskoczyła drogowców dlatego mieliśmy farta. Ale Wy zwracajcie uwagę na ostrzeżenia. Nie są tam tylko po to by robić sobie selfi przy tablicy. Podejścia bywają bardzo strome i śliskie. I nie to jest najgorsze, zejścia bywają jeszcze gorsze. Ktokolwiek był z psami w górach wie, że podejście, to ta łatwa sprawa. A jeżeli jeszcze te zdradliwe kamienie pokryje śnieg możecie złamać nogę. Albo co gorsza Wasz pies może złamać nogę. Nie wiem czy nosiliście po górach 30 kilogramowego Akitę ze złamaną nogą. Nie sądzę by była to czynność, której ktokolwiek oddaje się pasjami.

Oczywiście każdy posiadacz Akity powinien zawsze pamiętać, że jest osobą odpowiedzialną za Akitę. Straszne jest to jak ludzie nie myślą o tym, co prowadzą na smyczy. Zdarzenia jak opisałem powyżej są na porządku dziennym. Zapewne wielu z Was spotkało się z takimi sytuacjami. Nie krytykuję żadnej Akity. Pochlebiam sobie, że znam je i wiem „z czym tańczę”. Niestety jak obserwuję niektóre wypowiedzi na forach, głównie na FB to mam ochotę wyć. Wypowiedzi w stylu „mam Akitę od trzech miesięcy i jestem specjalistą od behawioru tej rasy”. Ashke Inu istnieje od pięciu lat. A ja wciąż się uczę o Akitach. Odnoszę wrażenie, że zaledwie wstąpiłem na tę ścieżkę. Bez przerwy korzystam z doświadczeń o niebo starszych hodowców, którzy są na tyle uprzejmi by dzielić się ze mną swoją wiedzą, a to co piszę jest oparte na moich i tylko moich obserwacjach.

Na osobny akapit jeśli nie rozdział zasługuje temat wyjazdowego Sylwestra z psami. Jako, że właśnie taki wyjazd przypadł nam w udziale mieliśmy możliwość osobistego przeżycia tego doświadczenia. Pomysł około-północowego spaceru z psami odpadł w przedbiegach. Nie odważyliśmy sią na nocny spacer z psami w celu podziwiania fajerwerków. Wiem, że w domowym zaciszu i w znanym sobie terenie nocna kanonada nie robi na nich większego wrażenia. Ale miejsce nie dość, że nowe to jeszcze 50% psiej populacji musiałbym zostawić bez opieki. Dlatego też fajerwerki podziwialiśmy wszyscy razem z ogrodu. Psy nie reagowały na światła, zresztą wystrzały nawet bliskie nie powodowały u nich wybuchu paniki. No może z wyjątkiem Rajdena, który radośnie darł ryja do wtóru fajerwerków. Pozostałe Akity zachowywały stoicki spokój.

My udaliśmy się w te urokliwe miejsce z czterema psami. Z przyczyn niezależnych od nas Sroka musiała pozostać w domu pod opieką rodziców mojej żony, którzy przyjechali do nas specjalnie w tym celu. Niestety obawiam się, że taka wycieczka nie będzie możliwa dla wszystkich. Po pierwsze- miejsce. Nie każdy ośrodek przyjmie Was z taką ilością psów. Zwłaszcza, że spacery z czterema Akitami naraz raczej męczą niż dają satysfakcję. Dlatego my po pierwszym dniu postanowiliśmy wyprowadzać psy w parach. Dzięki temu i one i my mogliśmy czerpać z tych wycieczek tylko to co najlepsze. Niestety nie każde miejsce oferuje możliwość pozostawienia psów w kwaterze. My dzięki uprzejmości Piotra mogliśmy się wybrać ze stadem. Z czego część mogła pozostawać na ogrodzonym, niedostępnym terenie. Jeżeli ktoś jest zainteresowany takim wyjazdem zapraszam do kontaktu. Blog zawiera lokowanie produktu. I tak, chamsko reklamuję to miejsce. Bo nawet nie zdajecie sobie sprawy jak niewiele jest miejsc, które przyjmą Was ze stadem Akit. Jeżeli Piotr Was polubi to może się dogadacie. Jest prawdziwym przyjacielem Akit, zresztą moim również, a nie jest to coś czym szafuję na prawo i lewo. Cena jest wysoce konkurencyjna choć należy zaznaczyć, że podawana jest osobniczo. Oczywiście należy po sobie posprzątać. Jest to nie podlegający dyskusji wymóg. Uwierzcie mi. Warto.
Dziękuję Piotrze.

Ja Loki

1 thought on “Fafik kontra Akity czyli czeska wyprawa

  1. Przeczytałam zapartym tchem wyprawę w góry stołowe i odkryłam, że to kierunek który koniecznie muszę odwiedzić ze swoim psem. Szlaki wydają się być wręcz wyrzeźbione dla naszych mało profesjonalnych zapędów górskich. Znakomicie się Was czyta, oby wena Twórcza nigdy już nie opuszczała i wpisy były coraz częściej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Name *