Kennel Ci wszystko wybaczy :) czyli jak kennelować Akitę

Mam nastrój i chciałbym się czymś podzielić. Nie chodzi mi bynajmniej o żadne choróbsko. Proszę się nie bać nie jest to wirus przenoszony drogą cyfrową. Chciałbym opowiedzieć o czymś mi szczególnie bliskim. I jednocześnie bardzo bolesnym. Ha … mam Was … nie będę pisał o tym jak jechać z Akitą na rowerze 40 km/h żeby skończyło się to wielokrotnym złamaniem żeber drugiego, trzeciego i czwartego. Sami sobie spadnijcie z roweru to może Wam się uda. Czekam na tego, kto pobije mój rekord. Rock’n’drolowa jazda z Akitą. Parafrazując. Żyj szybko, kochaj Akitę, połam się w czystej bieliźnie!!! Konkurs uważam za otwarty. Osobiście chyba się załamię jeżeli okaże się, że tylko nieliczni potrafią podać jedną z kilku obowiązujących wersji powiedzenia. Proszę umieszczać w komentarzach. Dla trafnych odpowiedzi przewidziano nagrody. Chyba, że będzie ich nadzwyczaj dużo wtedy będę składał tylko i wyłącznie gratulacje na FB. Publicznie. I nie! Ty moja ukochana nie możesz brać udziału. Ty myśl jakie nagrody przyszykować. W końcu to Ty jesteś medialną twarzą Ashke Inu.

Dzisiaj chciałbym napisać o kojcach dla psów. Czy? Kiedy? Jak? I czy w ogóle? Po co? Dlaczego? Czy trzeba? Czy to nie zbyt okrutne? Czy to humanitarne? Oczywiście wszelkie stwierdzenia zawarte w tym tekście są moje i wyłącznie moje. Oparte na własnych doświadczeniach jak również obserwacjach poczynionych w zaprzyjaźnionych hodowlach. Tak wiem- więcej mnie nie wpuścicie. Trudno i tak wszystko widziałem.

Odnośnie klatek są dwie szkoły. Jedna twierdzi w klatkach. Druga… No zgadnijcie. Ja osobiście skłaniam się ku pierwszej i drugiej szkole. Poniżej przedstawię za i przeciw jednej i drugiej teorii. Tak jak ja to rozumiem swoim ograniczonym rozumieniem sprawy. Powiem tylko, że w naszym domu od dłuższego czasu trwała dyskusja co do zakupu nowego psa. Moja żona bardzo, bardzo chciała szczeniaczka. Ja, też chciałem aczkolwiek z pewnymi zastrzeżeniami. Najpierw kojce, potem szczen. Oczywiście koniec końców doszliśmy do kompromisu. Ja kupuję szczeniaka, a ty szybko stawiaj kojce. Szlag! Wiedziałem, że tak się skończy. Zamówiłem więc Pana Krzysztofa. Wielkiego specjalistę od stawiania wiat drewnianych, bo jak się okazało na wiaty nie trzeba mieć pozwolenia z powiatu. Zresztą sprawa była nieco bardziej skomplikowana. Otóż. Przed postawieniem kojców dla psów, zapoznałem się byłem z obowiązującymi przepisami. Co więcej udałem się do odpowiedniego urzędu w powiecie celem uzyskania ostatecznego werdyktu. Jak się okazało postawienie kojców dla psów nie wymaga żadnego pozwolenia. Na moje pytania drążące i dręczące otrzymałem jasne w swej prostocie odpowiedzi. Będą duże – To dobrze, Pana psy będą miały przestrzeń. Będą zadaszone – No co Pan? Chce Pan żeby Pana psy mokły. Będą z podłogą – Świetnie. Nie będą siedzieć w błocie. Ludzie mam zamiar postawić kojce wielkie jak stodoła. O kojcach dla psów nie ma nic  przepisach. Koniec tematu. A jak Pan będzie nam więcej zabierał czas wezwiemy służby, które Pana usuną siłą. Na takie dictum acerbum odpuściłem. Sprawdziłem jednakowoż co i jak można postawić na działce. Okazuje się, że wiatę można postawić do 50m/kw. Tak więc mam wiatę. Ze wszelkimi specyfikacjami dotyczącymi wiaty, łącznie z dokumentacją. Dla tych co chcieli by donieść na samowolę budowlaną.

Dlaczego w klatkach?
– Bo bezpieczniej. I to niejako wyczerpuje temat. Oczywiście zgadzam się w całej rozciągłości niedługiej wypowiedzi. Osobiście dysponuję zapleczem kilku Akit, które się oględnie mówiąc nie zgadzają w kwestiach doktrynalnych. Dla uproszczenia, gryzą się. Kojce w sposób niesamowity uproszczają rotację psów na ogrodzie. Oczywiście należy nauczyć psy żeby nie rzucały się na siebie od razu jak się zobaczą. Łatwo to osiągnąć za pomocą kurtyny wodnej. Znaczy bezpośrednie podłączenie do ujęcia wody i lejecie ją pomiędzy psy. Akity ciężko się moczą dobrowolnie. Po trzecim razie wystarczy, że zawołam „bo idę wodę odkręcić” i jest spokój.
– Bo można schować psy na czas upałów. Nasze kojce stoją w strategicznie umieszczonym miejscu. Słońce nigdy nie grzeje bezpośrednio do kojców. Dzięki czemu nawet w ostatnich dniach sam miałem ochotę wleźć do nich. Było tam o dobre 10 st/c mniej niż wszędzie indziej. Sam bym tam siedział żeby nie to, że mam dzieci, które trzeba pilnować w basenie. Co więcej w każdym kojcu stoi buda. Z izolacją, która chłodzi w lecie, a grzeje w zimie. Do budy się nie mieszczę. Ale moja córka i owszem. Ale to już fanaberia.

– Bo można kontrolować psy. Brzmi tajemniczo? Otóż hodowla w pewnej chwili sprowadza się do wielu psów i suczek. A co za tym idzie do konieczności kontrolowania kto z kim spółkuje. Co jak uważam jest niezwykle ważne w przypadku posiadania hodowli. I proszę mi uwierzyć. Ja wiem o czym mówię.
– Zresztą. Jeżeli odpowiednio o to zadbamy, psy traktują kojec jako swoisty „save zone”. Bezpieczną przestrzeń, w której mogą się kompletnie zrelaksować i odpocząć. Bez konieczności zachowywania stałej czujności. Nasze tak właśnie mają- gdy u nas w domu za dużo się dzieje same uciekają do otwartych kojców i tam odpoczywają. Osobiście widziałem Falkę jak spała w kojcu z nogami do góry. Otwartym. W środku dnia. Bo czuła się w nim bezpiecznie. Pamiętam czasy sprzed ćwierć wieku (sic) gdy namiętnie graliśmy w sieciową grę RPG. Nie podam nazwy jednakże Ci, którzy nas znają wiedzą o jaką grę chodzi. Wielogodzinne nasiadówy przed kompem, zarwane noce i życie tylko od logowania do logowania. Przerabialiśmy to. Z rozrzewnieniem wspominam czasy gdy śmierć mojej postaci była tragedią nie do zniesienia. W tych zamierzchłych czasach utrata punktów PD była prawdziwą tragedią. Z tamtych to czasów pamiętam jak ważne jest takie „save zone”. Czyli strefa bezpieczeństwa. Miejsce gdzie nikt Was nie ruszy i nie skrzywdzi. Dookoła trwa wojna. Śmierć liczy trupy tysiącami. A Wy siedzicie sobie bezpieczni. Przestrzeń nie do przecenienia. Oczywiście zdarzało się, że człowiek usiadł na tej cienkiej czerwonej linii. Oddzielającej życie od niechybnej śmierci. Cóż po zalogowaniu czekała go niemiła niespodzianka. Ale nie o tym. Kojec to jest bezpieczna strefa. Tu jestem bezpieczny, tu nic mi nie grozi. I właśnie do tego dążymy stawiając kojce. Nasze psy znajdują swoją „save zone” w kojcach. Czują się tam bezpiecznie. Ha wiem. Ostatnimi dniami prócz hodowli zaangażowaliśmy się w interes. Hodowla nie jest interesem bo ten przynosi zysk. Hodowla raczej generuje straty. W każdym bądź razie razem z dyplomowanym groomerem otworzyliśmy zakład pielęgnacji psów. Uwaga, lokowanie produktu. Zakład nazywa się „Dog Barber” Moja wspólniczka jest mistrzem świata, i najbliższej okolicy w strzyżeniu, trymowaniu i dopieszczaniu psa ostrymi przedmiotami. Brzmi trochę dziwnie. Wiem. Ale nie zachodzi tam nic niestosownego. Ja zajmuję się zamiataniem podłogi, podawaniem nożyczek, czesaniem. Takie tam. A i jeszcze jedno przygotowuję Akity. Też do wystaw. Ale nie o Akicie teraz, ani też o wystawach. Mowa będzie o kundelku imieniem „Przecinek”. Imiona bohaterów zostały zmienione. Można próbować odgadnąć prawdziwe imię psiaka. Czeka nagroda. Dodam, że imię oznacza niekoniecznie nierytmicznie występującą wstawkę w tekście. Ha. Tak właśnie. Otóż „Przecinek” nie cierpiał brać kąpieli. No nienawidził. Do czasu, aż trafił do nas. Rozgryzienie upodobań psiaka zajęło nam dokładnie 37 sekund z wejściem. I byliśmy kumple. Następnie dał się wyczesać, wykąpać, wysuszyć i jeszcze raz wyczesać. I nie było by w tym nic niezwykłego gdyby nie to, że „Przecinek”, który mieszka w sąsiedztwie wychodząc na spacer za każdym razem musi przejść obok zakładu. Jego Opiekun jeździ z nim na rowerze. Trochę słabo, gdy pies za każdym razem gdy mija nasz zakład usiłuje się do niego dostać. Pazurami ora chodnik, a że waży ładnych kilkadziesiąt kilo jest w stanie nieco rower i pana odchylić od właściwego kursu. Bo on idzie do salonu. Wie, że kiedy wejdzie czeka go kąpiel, suszenie, czesanie, wielokrotne. Ale wraca. Jego Pan ma już nieco dość, bo jak wiadomo zęby trzeci raz nie rosną a pies potrafi naprawdę zrobić nieliche zamieszanie z człowiekiem na rowerze. Wiem z autopsji. Ale każdy potrafi sprawić aby kojec był atrakcyjny. W chwili obecnej pies jest wyprowadzany inną trasą ale wiem, że w jego głowie tkwi nagroda za kąpiel. I wróci. Tak jak Wasze psy pobiegną do kojców. Nasze biegną.
– I jeszcze szczenięta. Muszą mieć możliwość wyjścia na zewnątrz bez zagrożenia ze strony innych psów. A jak najlepiej temu zapobiec? Reszta psów jest w bezpiecznych kojcach.
Dlaczego bez klatki?

– Oczywiście pierwszy argument jest taki, że psy powinny być z opiekunami. Zgadzam się z tym bezwarunkowo. Nasze psy przebywają z nami stale. Co prawda na zmianę. Ale nie ma takiej chwili żeby w domu nie przebywały co najmniej dwa psy. Oczywiście istnieje możliwość puszczenia wszystkich razem. Polecam dla osób, które twierdzą, że ich psy są weganami. Osobiście słyszałem jak jakaś pani podczas kupowania karmy twierdziła, że jej pies jest weganem, weganinem, nieważne. Otóż ten psiurek według pańci był właśnie tym. Zaintrygowało mnie to. Jako, że dysponuję internetem w telefonie sprawdziłem definicję słowa weganin. Otóż jak się okazuje weganie to styl życia, który wiąże się z całkowitym wycofaniem produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie tylko mięsa ale też rzeczy, w których zwierzęta mają udział. Czyli jeśli doi krowę to weganin powie feee. Jeśli ktoś je jajko to weganin powie ty zwyrodnialcu. Jeśli ktoś ubiera się w wełniany sweter musi się liczyć, że weganie go napadną i zerwą z niego odzienie. No tak już jest. Nic co od zwierząt nie może być użyte. Chciałbym zobaczyć bojówkę wegan jak rozrzucają po pustyni ognisko z wielbłądziego łajna. Bo to odzwierzęce. Po przeczytaniu definicji nie mogłem się powstrzymać od wyobrażenia sobie pieska jak dostaje odruchu wymiotnego na widok schabu. Albo lepiej wyobraziłem sobie psa pikietującego z hasłami wegańskimi na tablicy pod rzeźnikiem. Albo najlepsze, moje psy obrażone o to, że dostały kawał wołowiny. Bo krowa nie wyraziła na to zgody. Zresztą nawet jakby wyraziła to one tego nie zjedzą bo są weganami. Bo jak się okazuje pies to urodzony weganin, który potrafi przeżyć na selerze naciowym. Cóż, głupota ludzka nie zna granic. Nie to, że mam coś przeciwko weganom. Nie szkodzą mi. Nie organizują się w bojówki demolujące lodówki w „Lidlu”. Ale twierdzenie, że mój pies jest weganinem to już nawet nie drobna przesada. Długo, długo myślałem jak pies może być weganinem. Odpowiedź uzyskałem na szkoleniu z żywienia psów. Otóż jest karma dla psów wegan, weganów czy jak ich zwać. Składa się z całkowicie nieodzwierzęcych składników. Każdy składnik ma numer nie nazwę. No wiecie E320, F579, A333 itp. Całkowicie wegańska karma dla psów. Pełnowartościowa. W naturze nawet koza nie jest takim weganinem jak pies karmiony taką karmą. Niestety Nasze psy weganami nie są i zapewne pogryzły by się. A to już wyklucza weganizm. Ta krew. Dlatego jeżeli Wasze psy są weganami. Możecie się obejść bez kojców. Nasze nie są więc kojce są koniecznością.
– Nasze psy są psami domowymi bo żaden nie śpi na zewnątrz. Ruda i Falka mają swoją sypialnię, gdzie udają się z wybiciem godziny 22. Sroka już od 19 koczuje w sypialni zagrzebana w kołdrę. Lisu, który ma na wszystko wywalone czeka aż dostanie coś smacznego, żeby ściągnąć do domu. Bez smaczka, i to nie byle jakiego w ogóle do domu nie przyjdzie. I to ja muszę się starać żeby jaśnie pan do domu przyszedł. Tak, że pomimo posiadania kojców, posiadam też całkowicie domowe Akity.
– Jestem zdania, i nie tylko ja, że każda Akita potrzebuje przebywać z opiekunem. Zawsze i codziennie. Nawet jeżeli przebywają w kojcu to nie cały dzień. Drobny jego ułamek. Potrzebują być częścią domu. Ja potrzebuję aby były częścią domu. Nie wyobrażam sobie domu bez Akit. W dużej ilości.

– Akita potrzebuje być częścią stada. Ludzkiego, psiego, nieważne. Stada. Zza krat się tego nie osiągnie. Pies wypuszczany na 30 minut dziennie z kojca traci to co w nim cenimy najbardziej. Swoje przywiązanie do nas. On już nie traktuje nas jako części stada. On traktuje nas jak osobę donoszącą karmę.
Nasze psy nie mieszkają w kojcach.
Przebywają w nich od czasu do czasu. Co zresztą dobrze im robi. To jak one się cieszą kiedy wychodzą z „więźnia” – Bezcenne. Sroka jak widzi, że idę ją wypuścić to zachowuje się jak szczeniak. Są sprinty po ogrodzie, skoki kangurze, wiecie takie z czterech nóg. No szał radości. Lisu z kolei zachowuje się jakbyśmy się nie widzieli z dekadę. Spokojnie podchodzi i bierze mnie za dłoń. I tak trzyma. Długo. Nieoceniona chwila. Stoimy i chłoniemy swoją obecność. On trzyma moją dłoń w zębach, nieskończenie delikatnie. I znowu jest jak wtedy gdy byliśmy tylko we dwoje. Chwila magiczna i nie zamienię ją na żadną inną. I tak się dzieje gdy wychodzi z „więźnia”.

Ruda i Falka z kolei inaczej. Wypadną obie. Obiegną cały dom. Zabijając się na zakrętach i wracają. Tu jest groźnie bo obydwie jednocześnie wskakują się przywitać. Nie jeden raz ja witając się z nimi witałem się również z podłożem. Ale nie ma nic równie wspaniałego niż pies, który tak się cieszy na Wasz widok.
Oczywiście jest jeszcze wiele innych za i przeciw. Gęstość futra, socjalizacja, linienie, stosunek do innych psów itd., itp. Są to rzeczy już przerobione i omówione. Nie będę się rozwodził. Powiem tylko:
Kojec nie jest zły. Byle wiedzieć do czego służy. Chwila w kojcu choćby trwała 20 godzin nie jest zła. Byle pozostałe 4 godziny były wypełnione domem i obecnością w domu. Całe życie „we więźniu” jest przekleństwem.

Ja Loki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Name *