WDS – Labirynty Beneluxu

Witam.
Dzisiaj postaram się opowiedzieć o Naszej wyprawie na WDS 2018. Wiem, że nie opowiedziałem jeszcze o 2017 ale tam nie było się z czego pośmiać. Choć była pouczająca i nowatorska, odkrywcza i niecodzienna. Jednym słowem nasza pierwsza.  Chciałbym aby nikt nie odbierał tego osobiście, no może z wyjątkiem mojej żony, która jest przyzwyczajona i wyrozumiała. Wazelina dobra rzecz, choć wiadomo, że ciche dni też mają swój niecodzienny urok. Taki spęd ludzi i psów zdarza się raz w roku. Jest więc okazja aby poobserwować i psy i ludzi. Każdy może popełniać błędy. Ja popełniam je stale i choć mi to nie w smak, to po przemyśleniu, śmieję się z nich serdecznie . Nie odnajdujcie siebie w tym tekście, bo nie o Was piszę. Jak już się rzekło Amsterdam był naszą drugą wyprawą na wystawę światową. No wiecie, najlepsze psy, najpiękniejsze suczki. A my się pchamy z butami na salony. Na szczęście okazało się, że nie tylko my. Inni niech chichoczą we własnym towarzystwie. Zacznę więc od początku. Psy zarejestrowane zostały w pierwszym terminie. Wiecie jak to jest. Kochajmy się jak bracia, rachujmy się jak… jak… hodowcy psów. Im taniej tym lepiej. Zarejestrowaliśmy dwie suczki, o których sądziliśmy, że będą piękne, puchate i w pełnej krasie wystawowej. Niestety rzeczywistość, bura suka, postanowiła zweryfikować nasze plany. I o ile Ruda jechała w pełnej  szacie powiedzmy, to Falka, nasze szczęście, duma i pierwsza z pierwszych Ashke Inu wyłysiała zupełnie. Ale to tak zupełnie.  Przez chwilę rozważałem zaczeskę z portków na kryzę ale się buntowała. W sumie ja też bym się zbuntował. Strasznie ciężko dociągnąć włosy z krocza na głowę. Po pierwszej próbie odpuściłem sobie. Widocznie cena piękności była zbyt wysoka. Jestem szczęśliwy, że potrafiłem się zatrzymać w tym punkcie. Strach pomyśleć co by było gdybym się nie zatrzymał. Ogon zawinięty wokoło głowy tłumaczyłbym jako szykowną etolę. A może nieco ekstrawagancką kryzę. Jako, że od niedawna jesteśmy posiadaczami całkiem sporego psiowozu postanowiliśmy nie jechać samotnie. Jako, że czasu było sporo daliśmy ogłoszenie o wolnych miejscach. Po pewnym czasie mieliśmy już pełny skład wyprawy. Okazało się, że będziemy jechali w towarzystwie buldożków francuskich oraz węgierskich mudi.

Trochę się obawiałem, że te przyjacielskie pieski mogą się nieco za bardzo zaprzyjaźnić z naszymi co mogło się skończyć nagłą konsumpcją, ale cóż ryzyko zawodowe. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca stan początkowy zgadzał się ze stanem końcowym. Nie było żadnych nieplanowanych konsumpcji. Wracając do wyprawy. Droga do Amsterdamu upłynęła nam spokojnie. Choć muszę powiedzieć, że nieco zdziwiła mnie skala robót drogowych w zaprzyjaźnionym państwie granicznym. Nie spodziewałem się aż takich rozkopów. Na szczęście pokonywaliśmy je w środku nocy więc nie sprawiło to większych utrudnień. Na miejsce wystawy dotarliśmy w okolicach godziny 7. Czyli w sam czas na otwarcie bramek. Jak się okazało takich jak my cwaniaczków było kilku. Tak na oko sądząc z około … wszyscy. Stojąc w kilometrowym korku do wjazdu na teren wystawy poświęciłem chwile na obserwację. Okazało się, że wystawa organizowana jest na olbrzymim terenie. Piętrowe  hale, parking w postaci korkociągu sięgający pięć pięter w górę. No istny prawie, że cud świata. Aż dziwne, że odważyli się tam hodowców z psami wpuszczać. Obsługa przy wjeździe na parking nadzwyczaj sprawna, więc korek szybko mknie do przodu. Oczywiście  jak zawsze znajdzie się parę osób, którym nie podoba się, że mają wjechać tam a nie tu gdzie sobie upatrzyli.  Bo stąd będzie bliżej. I nieważne jest, że obsługa tłumaczy, że nie ma już miejsca, że wszystko zajęte. Oni poszukają. I zaparkują na ścianie bo mają batmobil. A jeszcze znajdzie się paru takich co to uznają, że najlepiej jest stanąć na środku drogi i zacząć mozolny rozładunek klatek, psów, wózeczków, dalszych psów, dalszych klatek i jeszcze dalszych psów w klatkach. Nieważne, że z tyłu ciągnie się kilometrowy korek. Najlepsze jest to, że na uprzejmą prośbę aby robili to w innym miejscu, a nie na środku ulicy wszyscy nagle okazują się głucho-niemi ze wskazaniem na nie rozumiem w twoim języku. Tacy uczestnicy prezentują postawę „wybacz ziom ale w szkole nie uczono mnie polskiego/niemieckiego/rosyjskiego/angielskiego/ani żadnego języka w jakim aktualnie mówisz”. No istny cyrk. Znaczy jak oni się zgłosili na tę wystawę. W esperanto? Poprosili sołtysa, któren akurat w ludzkim języku mówi, a może nawet pisze?  Najlepsze, że kląć umieją w szesnastu językach i siedmiu dialektach. Na szczęście po przejechaniu armagedonu wjazdu dotarliśmy na parking. Rozpakowanie pojazdu zajęło nam dłuższą chwilę. Trzeba było wypakować wszystkie psy, klatki, wózki, garderobę na wystawy, dalsze psy i dalsze klatki, i jeszcze dalsze psy w klatkach. Ale jak cywilizowani ludzie na parkingu. Rozpakowani ruszamy na poszukiwanie naszych hal, ringów i miejsca żeby cały ten majdan rozłożyć. I tu pierwsza poważna próba. Winda. Do windy kolejka jak w PRL-u za papierem toaletowym. Winda towarowa ale każdy chciałby jechać sam jeden. Bo przecież tłoku nie zniesę. Nie po to tyle płacę, żeby się z obcymi ludźmi w windzie dusić. Taka mentalność ludzka. I wieczna awantura przy drzwiach windy. Bo pani pies za duży, bo pana pies za mały, za kudłaty, za łysy, bo się oblizuje na widok mojego, bo patrzy wilkiem, bo się ślini, bo mój wózeczek się nie mieści, bo ja mam klatki, bo ja chcę, chcę, chcę. Nie chcę generalizować ale odnoszę wrażenie, że im kto ma mniejsze psy tym większe oczekiwania w stosunku do innych ludzi. Za to ludzie z prawdziwymi psami starają się skupić w sobie i całą uwagę poświęcają psom, zapewne by uniknąć nieplanowanych konsumpcji. Ale to może być tylko moje wrażenie. Jako, że winda zdawała się być ziemią obiecaną, do której nigdy nie dojdziemy, postanowiliśmy wyruszyć piechotą. Na szczęście nasza nieoceniona współtowarzyszka podróży posiadała wózeczek, na którym mogliśmy przetransportować wszystkie nasze manele. Zabawna sprawa. Nie wiem czy kiedykolwiek schodziliście rampą parkingową z trzeciego piętra na parter pchając przed sobą wózeczek z buldożkami. Wózeczek zaznaczam, na którym piętrzą się złożone klatki, garderoba w pokrowcach, miski, plecaki, składane krzesełka i różne takie. Taka zabawna piramidka, której jedynym sensem istnienia jest spaść. To było coś niesamowitego. Jadę tą piramidką na kółkach. Za cholerę nie widzę co przede mną. Jadę rampą po spirali. Z nami, wokół nas przed i za idą inni hodowcy, którzy doszli, do tego samego wniosku co my, że piechotą będzie szybciej. Piramidka chwieje się w ciekawy sposób. Oczywiście nasze Akity nie jadą w wózeczku. To poniżej ich godności. Ale przecież co chwila trzeba stanąć i powąchać coś. Albo zatrzymać się i zamyślonym wzrokiem kontemplować miejski pejzaż. Albo po prostu odwrócić się i w napadzie kreatywności iść pod górę. Jednym słowem na każdym możliwym kroku pchać się pod koła tego nieszczęsnego wózeczka. A ja nadal nic nie widzę. I co chwila wpadam na dwie rude debilki, które za punkt honoru postawiły sobie wykolejenie mnie. Właściwie nie mnie tylko wózeczka. Nasze ukochane rude maleństwa prowadzi moja żona. Co właściwie wszystko tłumaczy. Choć ostatnio przefarbowała się na rudo, co powinno pomóc. Nie pomogło. Na szczęście udaje nam się zjechać z rampy. Właściwie bez strat. Właściwie bez większych strat. Tak właściwie zysk przewyższa straty. Chyba. Nieważne. Było wesoło. Nawet nie wiedziałem, że potrafię kląć tak barwnie i opisowo. Szkoda, że nikt nie notował. A klatki się wyklepie, krzesełka były turystyczne więc ich nie szkoda, a w marynarkę z racji mojej tuszy pewnie i tak bym się nie zmieścił.

O dziwo będąc na dole od razu trafiliśmy do właściwej hali. Szybki rzut oka pozwolił ujawnić inne akity. Jest i nasz ring. Rany jak szybko i bezproblemowo poszło. I na co komu winda. Jesteśmy na miejscu czekamy na Benelux Winner. Stawka zacna. Psy śliczne, choć większość jakaś taka łysa. No taki trend w modzie, że każdy chce być skinem. Falka też nacjonalizuje ostatnio i nosi się półłyso. Fanaberie młodości. Można jej wybaczyć bo zajęła drugie miejsce w swojej klasie przy niespotykanie wysokiej stawce. Jestem dumny i blady. Dumny bo wygrała, blady bo prowadziłem przez 16 godzin  a potem jechałem wózeczkiem z buldożkami. Nadmieniam, że buldożki wyszły bez żadnego uszczerbku. Potem musiałem wbić się w przyciasną koszulę i spodnie od garnituru, o dziwo nie przyciasne, by pobiegać po ringu. Byłem trochę zmęczony więc dopiero po drugim okrążeniu zorientowałem się, że bez psa biegam. Pies biegał ze mną, tyle, że w odwrotnym kierunku. Żartuję – Psy pokazały się świetnie. Zwłaszcza Falka. Ruda jakby trochę mniej świetnie, ale to jak się okazało sprawa niezależna od niej. Miała koszmarne wzdęcie. Dopiero lek na kolki dla niemowląt, podany przez pewnego  niesamowitego człowieka i handlera (info na priv) pozwolił jej odzyskać kondycję wystawową. Jesteśmy zadowoleni. Wystawa dobiegła końca. Nagrody rozdane. Kto musi czeka na finały kto nie ten jedzie do hotelu.

My nie musieliśmy więc komu w drogę temu … hmmm … trampki ukradli. Pakujemy kramik, pakujemy ludzi, psy i to co zostało z dobytku i jazda na parking. I tu dopiero zaczął się dramat. Oczywiście w pojęciu greckim. Nas dotyczyła tylko część komediowa. Choć ja się nie śmiałem. Spakowani postanowiliśmy udać się do windy. W końcu to nie w kij pierdział. Trzecie piętro parkingu. Po schodach nie damy rady z całym tym ładunkiem. Potrzebujemy windy i to na gwałt. Udaliśmy się więc do garażu z rozsądnym przekonaniem, że tam znajduje się wejście do windy. Jak się okazało bardziej nie mogliśmy się mylić. Na poziomie, na którym byliśmy w garażu windy nie było. Bo niby po kiego? Jak dowiedzieliśmy się dużo, dużo później wejście jest piętro niżej lub wyżej. Ale tu nie ma i co mi pan zrobi? Na nasze nieszczęście nie byliśmy jeszcze świadomi tej rewelacji więc postanowiliśmy poszukać innego wejścia, lub innej windy. W związku z powyższym udaliśmy się do hal gdzie spodziewaliśmy się znaleźć windę. Jak się okazało po około pół godzinnym poszukiwaniu są schody. Windy nie ma. Nasze poszukiwania obejmowały różne przetestowane sposoby. Po pierwsze pytanie w informacji, następnie znalezienie informacji, w której wiedzą o co chodzi i informacji gdzie nie tylko wiedzieli o co chodzi ale potrafili to przekazać w zrozumiały języku. Kiedy się okazało, że żadna informacja nie wie o co chodzi albo nie potrafi przekazać tego w zrozumiałym języku, albo my nie potrafimy zrozumieć ich zrozumiałego języka postanowiliśmy uciec się do tego co działa zawsze i wszędzie. Postanowiliśmy zastosować taktykę człowieka ze wsi w wielkim mieście. Sprowadza się to do podążania za tłumem, pytanie o drogę innych ludzi, Głownie równie zagubionych jak my i niektórych którzy, nawet wiedzieli o co nam chodzi. Jakiś pan z Japonii (sic) stwierdził, że on wie jak dojść do garażu. Szkoda, że my parkowaliśmy gdzieś indziej, …rwa zupełnie gdzie indzie. Podziękowaliśmy panu i udaliśmy się do punktu wyjścia. Jako, że obserwator ze mnie rozglądam się dookoła i doszedłem do jednego wniosku. Wszyscy podążają w jakimś kierunku i zdają się wiedzieć doskonale dokąd idą. Kurde. Czy tylko my jesteśmy takimi nierozgarniętymi, że nie wiemy jak do durnej windy się dostać? Miotamy się tam i z powrotem. Dwa razy szukaliśmy windy w halach. Trzy razy w okolicy parkingu. Niemal dwie godziny biegamy z kąta w kąt. A windy jak nie było tak nie ma. Cóż jak się okazało chyba tak. Wszyscy inni chyba wiedzieli. Nawet jeśli nie wiedzieli to świetnie się maskowali. Koniec końców wróciliśmy do jeszcze dalszego punktu wyjścia. Czyli pod rampę. I rampą tą dostaliśmy się na piętro powyżej, skąd windą dojechaliśmy na nasz poziom parkingu. Czas już był najwyższy bo zaczynała się burza. Jutro czeka nas specjalistyczna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Name *